Spotkałam Odmieńca, co urzekł mnie wielce,
Pokazał mi uśmiech i skradł moje serce.
Trylogia Delirium, jak sama nazwa wskazuje składa się z… czterech książek. 😉 Tak, tak, nie upadłam na głowę i wiem, o czym piszę. Wydany w 2015 zbiór powieści, który można także dostać jako odrębne tomy, zawiera: „Delirium”, „Pandemonium”, „Requiem” i „Opowiadania”. To niezła cegiełka, licząca sobie ponad 920 stron, a pewnie byłoby ich więcej, gdyby była rozmiarów standardowych książek. Ocenię ją ogólnie i każdą część osobno, bo, jak to bywa z seriami, do każdego tomu można się przyczepić i niekoniecznie wystawić mu notę poprzednika. No to siup! 🙂
Delirium
Przypuszczam, że jest to część miłości do drugiego człowieka: trzeba z czegoś zrezygnować. Czasem trzeba nawet zrezygnować z niego samego.
Poznajemy w ogóle o co tyle szumu, a mianowicie: miłość, amor deliria nervosa, jest uważana za chorobę, która doprowadza do szaleństwa, a w konsekwencji tego do śmierci. Naukowcom udało się opracować sposób, zapobiegający rozwojowi choroby, więc nie jest ona nieuleczalna (teoretycznie). Młodzież, która osiągnie pełnoletniość, przechodzi zabieg ingerujący w ich mózg i jego część odpowiedzialną za emocje, czyniąc z nich osoby, które bezwolnie przyjmują życie takie jakie jest, nie angażując się zbytnio, nie pragnąc, nie ulegając namiętnościom. Nie znaczy to, że nagle siada prokreacja. Skądże! Młodzi poddawani są ewaluacji, dostają do wypełnienia ankietę, gdzie piszą co nieco o sobie, swoich zainteresowaniach i oczekiwaniach. Na tej podstawie wybierani są najlepsi kandydaci, a przy obopólnej akceptacji obydwu stron, parowani przyszli mężowie i żony.
Poznajemy Magdalenę, najczęściej nazywaną Leną, która z niecierpliwością odlicza dni do zabiegu. Chce wreszcie uwolnić się od piętna, które spoczywa na jej rodzinie, po tym jak jej matka zachorowała, leczenie nie przynosiło skutku, więc popełniła samobójstwo. Taka jest wersja oficjalna, serwowana jak większość bzdur przez władze. Wierzy w nią nie tylko główna bohaterka, ale także jej przyjaciółka Hana.
Pewnego dnia Lena poznaje Aleksa i jej życie przewraca się do góry nogami…
Pierwszy tom, jest niezwykle wciągający. Dużo się dzieje, poznajemy sylwetki bohaterów, przemiany, jakie w nich zachodzą – aż chce się czytać dalej. Z wystraszonej, małej, szarej myszki, Lena staje się coraz bardziej świadomą życia młodą dorosłą, próbując stawić czoła temu, co ją spotyka i prawdzie, która zaczyna walić ją po oczach.
Pandemonium
W świecie bez miłości tym właśnie są dla siebie ludzie: wymiernymi korzyściami, zobowiązaniami, liczbami i danymi. Mamy ciężar, mamy rozmiary, mamy wymiar ilościowy, tyle, że sam człowiek nie znaczy nic.
Decyzja z pierwszego tomu diametralnie odmienia życie Magdaleny. Musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości, poradzić sobie ze stratą, nauczyć się walczyć o siebie. Nie jest łatwo, bo głód i chłód doskwierają. Przeplatają się sceny „sprzed” jak i te, które są teraz. Pojawiają się nowe postaci, takie jak Raven, Blue, Tach, Hunter, Julian, które wpłyną na życie głównej bohaterki. Będzie wystawiana na wiele prób, stoczy bój z Hienami, a przede wszystkim z samą sobą… Lena może popatrzeć na świat oczami Aleksa.
Postać Raven jest niezwykle intrygująca. Mam nadzieję, że będzie o niej więcej, jak nie w przyszłym tomie, to w opowiadaniach (bo podglądnęłam o jakich postaciach będzie mowa ;)).
Nie będę pisać o fabule, żeby nie spoilerować, ale wygłoszę mowę marudną, bo były rzeczy, które mnie zawiodły. Nie lubię, kiedy z człowieka robi się superbohatera, a jeszcze najlepiej takiego, któremu wszystko wpada, jak ślepej kurze ziarnko. Tak niestety postrzegałam Lenę w tej części. Autorka zrobiła z niej Wolverine’a, który posiadał cechę szybkiej regeneracji (brakowało jeszcze adamantium). Czy ją coś draśnie, czy jej coś trzaśnie, ona się wyliże szybciutko. Ja rozumiem adrenalinowy haj, ale ileż można? Wiadomo, że głównej bohaterki się nie zabija, ale niechby okulała, rozcięcie pozostawiło widoczną bliznę, żeby zrobić z tej postaci coś bardziej realnego, kurka na wacie! I było przewidywalnie. Nawet zakończenie, choć mocne, dało się wywróżyć z fusów. 😉
Requiem
Może jednak szczęście wcale nie tkwi w wyborze. Może leży ono w iluzji, w udawaniu: że gdziekolwiek skończyliśmy, tam właśnie chcieliśmy być przez cały czas.
To przeplatane ze sobą naprzemiennie historie Hany i Leny. Dwa różne światy, dwa odmienne spojrzenia na rzeczywistość. Po tym, jak ich drogi się rozeszły, szanse, że cokolwiek będzie je łączyć są bardzo nikłe. Magdalena, wciąż borykająca się ze swoimi sercowymi rozterkami, stratą towarzyszy, staje się coraz twardsza. Zwalczanie Odmieńców staje się coraz bardziej brutalne i skala tego bestialstwa wciąż rośnie, więc ruch oporu musi podjąć jakieś kroki, żeby nie utwierdzać „zombie” (tak nazywa się wyleczonych) w przekonaniu, że deliria jest chorobą, którą trzeba tępić. Pojawia się Bee i znów w życiu Leny przychodzi pora na zmiany.
Hana, już po zabiegu, szykuje się do ślubu z nowowybranym burmistrzem. Powinna czuć spokój, a może raczej nie czuć nic, bo przecież ingerencja w mózg i blizna po remedium powinny pozbawić ją wszelkich emocji. Mimo wszystko jednak nie jest bezwolną kukłą, próbuje rozwikłać niejasności i rozgonić cienie, które złowróżbnie rzuca na jej losy przyszłe małżeństwo z Fredem. Wielokrotnie wspomina Lenę i nie może wybaczyć sobie tego, co zrobiła…
Jedna scena z tej książki wbiła mi sztylet w serducho i wywołała mnóstwo emocji. Teraz, po przeczytaniu jeszcze opowiadań, jest ona dla mnie szczególnie bolesna, bo z tą postacią polubiłyśmy się najbardziej. Podobnie czułam się, kiedy los doświadczył Finnicka z „Igrzysk śmierci”. Nie lubię cię, Lauren Oliver, nie lubię za to co zrobiłaś.
Zakończenie „Requiem”, czyli całej trylogii, jest otwarte i pozostawia mnóstwo niedopowiedzeń. „Zabrakło pani kartek, pani Oliver?” – mam ochotę zapytać – „mogę podrzucić ze dwa zeszyty, tylko niech pani napisze co dalej z Haną, Julianem, a nawet Leną!”. Trochę liczyłam, że sporo odpowiedzi znajdę w opowiadaniach, jednak nie doczekałam się i mi z tym źle, bo lubię wiedzieć co dalej, nie tylko jeśli chodzi o losy głównej bohaterki.
Opowiadania
Dodatek dla fanów, żeby dowiedzieli się czegoś więcej o kilku wybranych postaciach: Hanie, Annabel, Raven i Aleksie. Poznajemy motywy, które popchnęły Hanę do tego, co zrobiła (piszę enigmatycznie, żeby nie zdradzić, czegóż to dopuściła się przyjaciółka Leny). Zanurzamy się w świat jej wątpliwości, rozdarcia, a w końcu braku wiary w to, że jednak miłość to nie choroba i nie należy z nią walczyć.
Oliver zarysowuje nam również postać Annabel (imię to dopiero paruset stronach trylogii dopasujemy do postaci wiele znaczącej w życiu Leny), znów używając zabiegu, jaki zastosowała w tomie II, czyli opowiadając nam jej historię „wcześniej” i „teraz”. Zdecydowanie ciekawsza jest ta opowieść „wcześniej”, chociaż znów taka mało prawdopodobna, aczkolwiek wzruszająca.
Raven. Moje ulubione opowiadanie, a raczej zlepek historii, zarówno dotyczący jej początków w Głuszy, jak również dzieciństwa, aż do momentów z akcji odbicia Leny i Juliana. Poznajemy jak obrastała w skorupę surowości, która pozwoliła jej przetrwać w dziczy i nie zwariować. I jak wreszcie nie była sama, dzięki Blue i Michaelowi. Tutaj poszły w ruch chusteczki.
Opowiadanie o Aleksie jest zapisem jego uczuć, jego walki o życie w Kryptach, gdzie trafił po wydarzeniach kończących tom I. Nadzieja spotkania z Leną, którą bezgranicznie kochał, była jego siłą napędową i wciąż nie pozwalała mu się poddać. Tylko, czy było warto?
Książka zawiera również dodatek: spis książek zakazanych, czyli opisujących miłość jako coś dobrego, a nie jako chorobę. Są podane tytuły i wybrane cytaty z tych powieści. Wśród nich znalazły się dzieła Bronte, Austen, Whitmana. Ciekawa sprawa, zwłaszcza dla młodzieży, bo sądzę, że wielu z tych powieści nie znają, a kto wie, może skuszą się i sięgną po nie (sama mam zamiar :)), bo przecież zakazany owoc najlepiej smakuje. 😉 Dołączono także psychotest. Taki… bzdurny, według mnie.
Ogólnie „Delirium. Trylogia”, czyli zestaw czterech książek pod jedną, twardą okładką, oceniam pozytywnie. I jeżeli wziąć na serio słowa o tym, że książkę ocenia się po tym, jak późno przez nią kładzie się spać, to „Delirium” naprawdę plasuje się wysoko, bo zarwałam niejedną nockę. Nie mogłam się od niej oderwać, świat, który zbudowała autorka jest ciekawy, a wiele myśli, które przemycała w powieści, zasługuje na refleksję. Zadbano o akcje, relacje i kreacje bohaterów. Chwilami było zbyt superbohatersko, ale cieszę się, że były także momenty smutne i piekące w oczy. Tylko to zakończenie tak mnie boli i rzutuje na całokształt…
Co tu kryć, zdecydowanie wyżej na moim dystopijnym podium uplasowała się trylogia „Igrzysk” Collins i „Legenda” Marie Lu. Sorry Lauren. 😉
Książka bierze udział w wyzwaniach:
C czyli czwarta książka ze stosiku (2/4)
KSIĄŻKA, KTÓRA MA WIĘCEJ NIŻ 800 STRON
Pingback: [Book Tour] Cokolwiek zrobisz, nic nie zmieni tego, co się stało – czyli „Panika” Lauren Oliver |()